W drodze ze smakiem

"Raz zobaczyć jakąś rzecz znaczy więcej, niż sto razy o niej słyszeć." Epiktet z Hierapolis

W drodze ze smakiem

Tydzień w Los Angeles i Pasadenie

Stany Zjednoczone nie pojawiały się do tej pory w moich planach wycieczkowych . Przede wszystkim ze względów finansowych jak i długości samej podróży. Jednak skoro pojawiła się taka okazja jak mogłabym z niej nie skorzystać. Wyjazd był typowo służbowy, ale wiedziałam, że w każdej wolnej chwili będę próbowała zobaczyć i posmakować  jak najwięcej.

Leciałam do Los Angeles, z przesiadką (w tym noc w hotelu) w Monachium. Sam lot bezpośredni trwał trochę ponad 12 godzin i aż ze zdziwieniem muszę przyznać, że nie był bardzo męczący. Może dlatego, że leciałam szerokokadłubowym, dwupoziomowym Airbusem A380, czasem zapominałam, że lecę samolotem 😉 Trzeba przyznać, że Lufthansa naprawdę potrafi zadbać o swoich pasażerów, dwa lunche, przekąski, napoje, i bogaty zestaw rozrywki, z czego ja głównie oglądałam całkiem nowe filmy. Lot minął całkiem przyjemnie. Z lotniska do Pasadeny, gdzie odbywała się konferencja dostałam się zamówionym wcześniej busem z kilkoma innymi pasażerami.

Co tu dużo pisać,samo Los Angeles trochę mnie rozczarowało. Przede wszystkim będzie mi się kojarzyć jako miasto dróg, gdzie bez samochodu ani rusz. Trochę z braku czasu, a trochę ze strachu przed automatyczną skrzynią biegów (nigdy takiej nie używałam), nie zdecydowałam się na wypożyczenie auta. Po Pasadenie poruszałam się pieszo, jedynie do i po Los Angeles jeździłam autobusem. Niestety miałam niewiele czasu na zwiedzanie, dlatego musiałam się zdecydować, co zobaczyć w tylko jeden wolny dzień. Padło na Hollywood z jego aleją gwiazd oraz plaże nad Oceanem Spokojnym. Żałuję, że nie udało mi się dotrzeć do chociaż jednego z kilku studiów filmowych w Hollywood… Cóż, może jeszcze kiedyś mi się uda, nigdy nic nie wiadomo.

Korzystając z okazji, późnymi popołudniami spacerowałam po Pasadenie, która wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Spokojne miasteczko położone na tle pięknych gór, ukryte w cieniu wielkiego Los Angeles. Wszystko było takie poukładane, czyste, równo skoszone trawniki, palmy, żar z nieba. Ludzie mili, uśmiechnięci i pomocni. Taki american dream 😉 To tutaj posmakowałam połączenia amerykańskich smaków ze smakami Meksyku.

Kiedy wracałam do domu, czekając na lotnisku zobaczyłam samolot do Tahiti, i aż miałam ochotę pomylić samoloty 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.