W drodze ze smakiem

"Raz zobaczyć jakąś rzecz znaczy więcej, niż sto razy o niej słyszeć." Epiktet z Hierapolis

W drodze ze smakiem

Krótki weekend w Zakopanem

Zakopane kojarzy się przede wszystkim z zatłoczonymi Krupówkami, kolejkami do wyciągów i tłoku na popularnych szlakach. Dlatego nie jest to kierunek, który nas mocno kusi. Niemniej jednak w maju postanowiliśmy się tam wybrać na krótką wycieczkę. Weekend przypadający na Dzień Matki spędziliśmy razem z naszymi mamami 🙂

Mogliśmy ruszyć prosto w kierunku Zakopanego, ale na chwilę zatrzymaliśmy się w Krakowie. Pogoda piękna, samochód zaparkowaliśmy pod samym Wawelem i ruszyliśmy  spacerkiem na wzgórze, aby zobaczyć Zamek Królewski. Powoli przeszliśmy na Główny Rynek, podziwiając Sukiennice i Kościół Mariacki. Jedną z rzeczy, która rzuciła się nam w oczy, a raczej uszy, to fakt, ze prawie w ogóle nie słyszeliśmy języka polskiego z ust mijających nas turystów. To dobry znak, ze nasz piękny kraj jest coraz bardziej popularny na świecie.

 

 

Nie skosztowaliśmy zbyt dużo tego dnia w Krakowie, ale nie mogło zabraknąć słynnych obwarzanków i z racji upału lodów z jednej z lodziarni sprzedających lody własnej produkcji. Niestety nie mieliśmy już czasu stanąć w kolejce na ulicy Starowiślnej, aby spróbować najlepszych lodów w Krakowie. Mam jednak nadzieję, że dalej są tak samo pyszne 🙂

Po południu przyszedł czas na główną część podróży. Zawczasu sprawdzałam jak ominąć Zakopiankę z jej słynnymi korkami, ale okazało się to zupełnie niepotrzebne. Korków nie było w ogóle, a był to piątek. Być może przez to, że był to tydzień przed długim weekendem, a może dlatego, ze zapowiadano okropną pogodę z ulewami i burzami. Na szczęście nam pogoda dopisała. Do Zakopanego dotarliśmy pod wieczór i głodni od razu udaliśmy się na obiad. Chcieliśmy spróbować czegoś wyjątkowego i się nie zawiedliśmy. Po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji trafiliśmy do restauracji Marzanna. I to był strzał w dziesiątkę. Znakiem rozpoznawczym kierującym głodnych turystów do tego miejsca są wielkie sztućce, które naprawdę trudno przegapić.

Wystrój przypomina raczej jedną wielką graciarnią, co ma jednak swój urok. Weszliśmy pół godziny przez zamknięciem, ale na szczęście nikt nie robił z tego powodu problemu. Właściciel sam z wielka charyzmą przyjął od nas zamówienie i tłumaczył kartę dań, ponieważ była naprawdę oryginalna. Na początek zamówiliśmy Wywar z żeber wędzonych z nimi, oraz grulami i kwaśną nogami deptaną kapustą podany, czyli kwaśnicę. Przyznam, że była to najlepsza kwaśnica jaką jadłam, mocno przyprawiona, pikantna i wyrazista. Aż ślinka leci, wróciłabym w tym momencie do Zakopanego tylko po to, aby zjeść tą zupę. Na danie główne wybraliśmy Placki ziemniaczane z duszonym po zbójnicku kawałkami wieprzowego tyłka i zestaw zielsk. Tu muszę dodać, że danie ogromne i równie pyszne jak kwaśnica. Janek zamówił dla odmiany Góralski, grule i zestaw zielsk, czyli schabowy po góralsku z oscypkiem. Schabowy bardzo dobry a oscypek dodawał mu swojskiego charakteru. Pomimo iż zamówiłam porcje kwaśnicy ‘dla małolatów’, to była ona niewiele mniejsza od ‘normalnej’ porcji. Także na pewno nie wychodzi się stamtąd głodnym, i mało tego według karty, w przypadku pozostawienia resztek trzeba zapłacić karę lub obierać ziemniaki przez pół godziny 😉

 

Nasz krótka wycieczka miała na celu przede wszystkim podziwianie gór z Zakopanego, a nie włóczenie się po szlakach, które i tak były w niektórych miejscach mocno ośnieżone, dlatego w sobotę leniwie włóczyliśmy się po Gubałówce czy samym Zakopanym. Chociaż staramy się unikać restauracji na Krupówkach, tym razem postanowiliśmy zaryzykować i spróbować dań z karty Dobra Kasza Nasza. Na początek ponownie wybraliśmy kwaśnicę. Trzeba przyznać, że była dobra, ale na pewno nie dorównywała kwaśnicy, którą jedliśmy poprzedniego dnia w Marzannie. Jako danie główne wybraliśmy Domowe Klopsy, czyli zapiekaną kaszę z klopsami wołowo – wieprzowymi z cebulką i sosem barbeque. Zostały bardzo ładnie podane i równie dobrze smakowały. Równie smaczne okazały się żeberka zapiekane z gruszkami, jednak moim numerem jeden zostały pierogi z kaszą i wątróbką. Naprawdę świetne połączenie smaków, mocno wyczuwalna wątróbka, do tego skwareczki i słodziutka marchewka. Miejsce idealne dla miłośników kaszy.

Jako, że jesteśmy łasuchami postanowiliśmy poszukać smacznego deseru. Trafiliśmy do przytulnej Samanty. W mieście można znaleźć kilka lokali tej sieci cukierni. Skusiliśmy się na Trio czekoladowe, smaczny torcik z musem z trzech rodzajów czekolady. Najlepszy jednak okazał się lekki torcik bezowy z bitą śmietaną i brzoskwiniami. Tak bardzo mieliśmy ochotę na te słodkości, że nawet nie zdążyłam zrobić zdjęć 😉

 

Będąc w górach oczywiście nie można zapomnieć o oscypkach. Tym razem postanowiliśmy znaleźć takie prawdziwe, robione na naszych oczach w prawdziwej bacówce. Niestety czas nas bardzo ograniczał i bardzo dobre, słone, mocno wędzone serki znaleźliśmy w drodze powrotnej, tuż przy Zakopiance. Nie jest to może najładniejsza lokalizacja, ale bacówka jak najbardziej prawdziwa. Łatwo można ją zauważyć tuż przed stacją paliwa Orlen, przed Nowym Targiem. Podchodząc do bacówki czuć intensywny zapach wędzonki, a w środku spotkaliśmy bacę oraz dwie inne osoby robiące oscypki, które wędzone są tuż pod dachem. Od tego momentu oscypków zawsze będziemy szukać w bacówkach, a nie na obleganych Krupówkach. Ale to już następnym razem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.